2011/02/21

Jeszcze ślubnie.

Po tygodniu plusowej temperatury i nieustannie zaglądającego przez okno słońca,
spadł śnieg.
Nie byle jaki śnieg, tylko ciężka, morka, kilkunastocentymetrowa, biała płachta.
W końcu mamy luty, prawda?

A to przypomniało mi znowu nasz zimowy ślub... :)
Lubię wracać do tej chwili. Było naprawdę magicznie.

Pamiętam, jak nie mogłam się zdecydować, które kolczyki ubrać.
Sukienka była wyszywana w ażurowe, "oszronione" liście,
dlatego wzór liściasty był oczywistym dla mnie wyborem.
Oprócz tego, mieliśmy czerwone dodatki (jak chociażby amarylis w moich włosach),
więc chciałam też dodać coś w odcieniu czerwieni...
Powstała między innymi taka wersja kolczyków z granatami i cyrkoniami...
Ostatecznie zdecydowałam się na poniższe.


Niestety, z braku czasu, nie mogłam sama wykonać ażurowych listków,
kupiłam więc gotowe, posrebrzane. I umyślnie nieoksydowane.
W ten sposób kolczyki zachowały mroźny charakter.


Góra została podobna do tej, w pierwszej wersji kolczyków: srebro i granaty
(w rzeczywistości bardziej czerwone, niż na zdjęciach).
O kamieniach pisałam przy okazji wisiora "Czerwone wino" .


Ich właściwości jak ulał pasowały do czekającej nas nocy poślubnej.
Owa noc zresztą była jedną z najpiękniejszych wspólnych chwil.
Cudowne miejsce na Wzgórzach Dylewskich, przepiękny dom z duszą położony w środku lasu,
baśniowy zimowy krajobraz, ogień...


Jeszcze raz my... brrr, zimno było. Jakieś -15.
Jak Wam się znudzi oglądanie nas - dajcie znać.
;)

Zdjęcie - Koykos Studio.